środa, 14 czerwca 2017

Czekając na burze i truskawki

Przyznaję, że wolę wiosnę od lata. Lubię ten moment, gdy z dnia na dzień słychać coraz więcej ptasich śpiewów, słońce świeci jakby radośniej, a w powietrzu unosi się zapach bzów. Z kolei lato pachnie sianem i kusi kąpielami w jeziorze. Gdyby jeszcze nie było tak gorąco, to zapewne byłabym bardziej szczęśliwa, ale i tak nie zamierzam narzekać. Zamiast tego cieszę się ostatnimi dniami wiosny. Bo jest już czerwiec. Miesiąc, w którym kończy się moja ulubiona pora roku. I miesiąc, w którym mimo wszystko dostrzegam mnóstwo cudowności.


Czerwiec zaczął się oczywiście Dniem Dziecka. Zauważyłam, że na Facebooku masowo pojawiły się zdjęcia znajomych w wieku kilku lat. Urocze, przyznaję. Choć ja bym musiała chyba wrzucić przegląd fotek do chwili obecnej, bo jakoś dziecka z siebie nie wygoniłam i wyganiać nie zamierzam. Ot, ono siedzi sobie we mnie i jesteśmy całkiem kompatybilni. Czasem oczywiście są tego minusy, ale o wiele większe byłyby, gdybym je porzuciła i zamknęła w przeszłości. Dlatego zamierzam świętować 1 czerwca w każdym roku i zachęcam Cię do tego samego. Oraz do pielęgnowania w sobie dziecięcego zadziwienia światem.

Tak w ogóle to jak myślę o obchodzeniu Dnia Dziecka, na myśl przychodzą mi zawsze lody. Innych prezentów nie potrzebowałam, ale lody… lody być musiały. Jakoś to  nadal we mnie siedzi. Co więcej, doszłam do wniosku, że czasem lepiej i wspanialej jest podarować komuś przeżycie, choćby właśnie wspólne lody, niż realną rzecz. Rzeczy często zagracają mieszkanie, przeżycia ubogacają pamięć. A od zażyczonych sobie prezentów są inne okazje: urodziny, Boże Narodzenie… Dzień Dziecka nie musi do nich należeć. Choć czasem mogę na to przymknąć oko.

Poza tym to jestem w trybie czekania. Na burze i tańsze truskawki. Te pierwsze są przeze mnie absolutnie ukochane, choć zdaję sobie niestety sprawę z tego, że często wyrządzają szkody. Ale kiedy zza horyzontu dobiega mruczenie, to aż mnie nosi do okna. Wypatruję błyskawic, nasłuchuję grzmotów i próbuję w powietrzu wyczuć pierwszą zmianę zapachu. Bo burze pachną zupełnie inaczej, wręcz niepowtarzalnie. Czekam i nic się nie dzieje. Choć być może jeśli napiszę o tym, to się stanie?

I truskawki… jadłam już ich trochę w tym roku, ale są kosmicznie wręcz drogie. Liczę na to, że potanieją do maksymalnie 5-6 zł za kilogram. Bo kiedy truskawki zaczynają być dostępne dla mojego portfela (czyli przestają być tylko drogą zachcianką), to moja dieta zmienia się drastycznie. Na śniadanie jem truskawki. Czasem z chlebem, czasem z twarożkiem, czasem z płatkami. Na obiad najchętniej zupę truskawkową (w każdych ilościach), makaron z truskawkami lub inne wariacje. Na deser i kolację truskawki. I jeszcze piję koktajl truskawkowy. Uwielbiam ich smak i dopiero kiedy zęby zaczynają boleć, przypominam sobie, że nie wolno przesadzać… przynajmniej do dnia następnego. Dlatego teraz codziennie zaglądam do warzywniaka, po ile są. No i wyglądam tych najlepszych, kaszubskich. Najsłodszych, najwspanialszych, najbardziej aromatycznych. Takich nie ma nigdzie!

Być może w tym roku zrobię jakieś przetwory truskawkowe. Niewiele, ale chcę. Idealną panią domu nigdy zapewne nie będę, jednak to nie przeszkadza mieć w szafce kilka słoików pyszności.

Ech, rozmarzyłam się. A tak naprawdę dzisiejsza notka miała być o tym, że trochę ostatnio zaniedbałam swój plan dnia. “Ostatnio” obejmuje kilka tygodni, niestety, przez co ciężko mi się ze wszystkim wyrabiać. Nie zrobiłam tego specjalnie, o nie. To kwestia pogody (grunt to dory powód). Bo ja jestem lepsza niż barometr. Jak ciśnienie leci w dół, to jakby mi baterie wyłączyło. Położyłabym się wzorem kociej nacji i spała, co mi się w tym ostatnim czasie zdarzało. A potem nieprzytomna starałam się coś jeszcze zrobić, lecz w ostatecznym rozrachunku dzień był w większości zmarnowany. Źle mi z tym było, jednak to jest silniejsze ode mnie. I tak, wiem, podobno meteopatia i te sprawy to tylko jakiś wymysł… ale co ja poradzę, że skoki ciśnienia powodują u mnie bóle głowy, a tabletkami faszerować się nie chcę? Gdybym łykała tabletki, to chyba w maju zużyłabym duże opakowanie. Bo to słońce, pochmurno, słońce, deszcz, słońce… i w tak w kółko. Dlatego też trochę liczyłam na te burze. Wtedy przynajmniej sprawa jest jasna, a ja chodzę pełna energii. Aż chce mi się żyć.

Tymczasem jednak unikam siadania w wygodnych miejscach, by mnie tam drzemka jakaś nie złapała. Staram się pilnować planu dnia i nadrabiać wszelkie zaległości w życiu. Tym blogowym też. Trochę mi przez to zmieniają się plany na notki, lecz to już najmniejszy problem. Czerwiec miał być takim miesiącem dopracowywania planów. Sprawdzania, czy wszystko działa (wskazówka: nie działa… ale będzie, o). Rozpoznania, kiedy najlepiej mi się pisze posty (na pewno nie późnym wieczorem). Proszę o wybaczenie i cierpliwość. Dopiero się wszystkiego uczę.

A Tobie życzę pięknego czerwca. Pysznych truskawek. Rozśpiewanych ptaków. I mnóstwa radości każdego dnia! I może zdradzisz, co Ty lubisz w tym miesiącu najbardziej?

1 komentarz:

  1. Uwielbiam czerwiec. Bo jest początek lata, a to moja pora roku, jako, że ze mnie tropikalna istotka i cały rok mogło by być powyżej 20stopni i słońce :D Poza tym w czerwcu mamy coroczne koncerty, więc ten miesiąc jest dla mnie czasem podwójnych ilości kawy i adrenaliny w żyłach`` Życzę Ci smacznego i truskawkowego miesiąca :)
    Altena

    OdpowiedzUsuń