piątek, 7 kwietnia 2017

Spotkałam ludzi szczęśliwych

Miałam dość mocne postanowienie, by umieszczać post na blogu w poniedziałki i czwartki. Niemalże za wszelką cenę. No właśnie… niemalże.
Wczoraj zaczęłam pisać, jednak coś mi nie szło. Słowa nie układały się tak, jak powinny. Historia, którą chciałam zaprezentować brzmiała sucho, a do tego - i to chyba najgorsze - nie niosła ze sobą tego, co chciałam w niej zawrzeć. Miałam zatem do wyboru: czy napisać post mimo wszystko i być może zmarnować pomysł, czy poczekać i poszukać dodatkowej inspiracji.
Wybrałam drugą wersję. I chyba dobrze zrobiłam, bo dziś “przyszedł” do mnie tytuł, a wraz z nim wszystko zaczęło się układać.



Zdarzało Ci się z pewnością spotykać na swej drodze ludzi, którzy niemalże dosłownie wysysali siły ze wszystkich wokół. Być może również dane Ci było zetknąć się z innym typem osób - radosnych, pełnych entuzjazmu i zarażających wszystkich swoją energią. 
Życzyłabym Tobie, by tych drugich było więcej. Sobie zresztą też :)

Ostatnio miałam okazję wziąć udział w prawdziwym przyjęciu-niespodziance. Były to urodziny mojej znajomej, którą poznałam dobrych kilka lat temu, jak ona uczęszczała jeszcze do gimnazjum. Mam nadzieję, że mogę napisać: polubiłyśmy się z Alą (pozdrawiam!). Z Anią, jej mamą, również (takoż pozdrawiam!).
I właśnie Ania odezwała się do mnie z informacją o małym przyjęciu dla Ali, które planuje zorganizować. Top secret i w ogóle. Dla mnie wszystko brzmiało super i po prostu musiałam tam pojechać. Na szczęście choroba właśnie odpuszczała, więc nic nie stało na przeszkodzie, by pojawić się tam choć na chwilę.

Naprawdę nie mam zamiaru opisywać tej imprezy. Było wesoło, smacznie i dla mnie zdecydowanie za krótko - ale musiałam zdążyć na ostatni autobus, który był w stanie jadąc przez całe miasto dowieźć mnie niemal pod dom. Było wzruszająco, gdy solenizantka ze łzami w oczach witała kolejnych niespodziewanych gości. Było po prostu… dobrze, w ten magiczny sposób, który sprawia, że chce się zostać na dłużej.

Dopiero po powrocie do domu uświadomiłam sobie, jak bardzo brakowało mi ostatnio czegoś podobnego. Przez kilka długich tygodni przeżyłam tyle stresu, że zaczęłam się zastanawiać, czy umiem się w ogóle jeszcze śmiać tak z głębi serca. Otaczali mnie w większości ludzie, przy których nie potrafiłabym wykrzesać z siebie nic poza bladym uśmiechem.
Ten jeden wieczór coś zmienił. Przypomniał mi, jak to jest być wśród szczęśliwych ludzi. I co ważniejsze, jak być jednym z nich. Nawet jeśli w ostatnim czasie na chwilę się zagubiłam.

Wystarczyło chwilę porozmawiać z Alą i z Kubą, którego dawno nie widziałam, a który też ma w sobie tyle pozytywnej energii. I już się chce na nowo robić tyle wspaniałych rzeczy. Cieszyć życiem na każdym kroku. Doceniać wiosenne uroki. Nie robić tego samemu, tylko móc się dzielić radością i obserwować to samo u innych.

Szczęśliwy człowiek to takie całkowite zaprzeczenie “toksycznej osoby”, która mniej lub bardziej świadomie zatruwa innym życie. Nie musi się zawsze uśmiechać, to nie tak działa. Ale wystarczy kilka chwil w jego towarzystwie i czujesz się lepiej

Szukaj miejsc, gdzie spotkasz ludzi szczęśliwych. Tam doświadczysz radosnego ciepła. Tam uśmiech będzie naturalną częścią bycia. Tam będą słuchać i tam Ty będziesz słuchać - i wszystkim będzie z tym dobrze.
Będziesz cieszyć się, śmiać, zwierzać, mówić o marzeniach, snuć plany. Będziesz dawać, a mimo to otrzymasz więcej
Gdy spotkasz szczęśliwych ludzi, zobaczysz szczęście w sobie. I będziesz je widział za każdym razem. A Twój uśmiech zawsze będzie prawdziwy.

Dziękuję, Alu. Dziękuję, Aniu. Dziękuję, Kubo. 
Dziękuję wszystkim, którzy uśmiechali się tego wieczoru.
Dziękuję, że potrafiłam tak łatwo otrząsnąć się z tego, co mnie przyduszało. Takich osób jak Wy świat potrzebuje jak najwięcej.
I mam cichutką nadzieję, że ja też do nich należę.

Wiosennego uśmiechu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz