piątek, 31 marca 2017

Otwarte drzwi

Kiedy zasiadałam wczoraj do pisania tej notki - z mocnym postanowieniem, by umieścić ją zgodnie z harmonogramem w czwartek - zmęczenie dało o sobie znać. I tak oto ten post pojawia się z jednodniowym opóźnieniem… ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przynajmniej będę miała okazję zrobić też małe podsumowanie pierwszego kwartału tego roku. Zacznę jednak od czegoś zupełnie innego. Nie tak dawno temu, może przed dwoma tygodniami, trafiłam przypadkiem na blog prowadzony przez młodą kobietę. Przeglądając kilka wpisów trafiłam na jeden szczególny. Szczególny, bo prawdziwy aż do bólu. I szczególny, bo dał mi dużo do myślenia i skłonił do podjęcia pewnej decyzji.



We wpisie tym przedstawiona była pewna sytuacja, w której równie dobrze mogłabym umieścić siebie. Bohaterka ze swym towarzyszem byli właśnie w pobliżu mieszkania znajomych. On zaproponował, że może ich spontanicznie odwiedzą. Ona odparła, że pewnie są zajęci i raczej nie będą chętni wizycie. Ale w sumie można odwiedzić innych przyjaciół, też niedaleko mieszkają. Wtedy on zauważył, że pewnie ci przyjaciele również są już raczej na etapie spędzania miłego wieczoru, a nie szykowania się do przyjmowania gości. Konkluzja była smutna: żyjemy w czasach, w których nie ma miejsca na po prostu przyjście z wizytą. Bez zapowiedzi, bez wcześniejszego umawiania się, bez przynajmniej smsa “Czy mogę wpaść?”. A wcześniej tak nie było.

Przypomniało mi się moje dzieciństwo. Do sąsiadów chodziło się często - my do nich lub oni do nas. Ile razy wołałam już prawie z klatki schodowej: “Mamo, idę sprawdzić, czy są… Jak będą, wracam za godzinę!”. Wspólne siedzenie w kuchni i rozmowy, ewentualnie oglądanie jakiegoś filmu lub bardzo rzadko gra na komputerze. 

Podobnie zresztą wracając ze szkoły, wielokrotnie zdarzyło mi się najpierw wpaść do koleżanki, by posiedzieć z nią i poplotkować. Ba! Nawet w liceum nie było to takie rzadkie. Mało tego, pamiętam bardzo dobrze, jak kiedyś zupełnie spontanicznie szliśmy w pięć osób odprowadzić kolegę, który blisko mieszkał, a on nas po prostu zgarnął na trochę do siebie. Miało to w sobie jakiś urok.

Nie wiem, czy to kwestia tego, że teraz obracam się w towarzystwie dorosłych (ha ha ha), czy też może naprawdę się od siebie izolujemy. Nasze mieszkania powoli stają się taką enklawą spokoju, gdzie na wizytę trzeba się umawiać. Jakby to nie miała być wizyta tylko wizytacja. Brr! Owszem, może niekoniecznie potrafiłabym żyć w ciągłej niepewności, czy lada moment ktoś nie zapuka do drzwi. Mogłabym nie zdążyć zagonić chaosu do kąta, a niestety wciąż jestem jeszcze dopiero na drodze prowadzącej do ogólnego porządku w domu. Dlatego pewnie mimo wszystko wdzięczna byłabym za smsa, że ktoś jest w pobliżu i zajrzy za kilka minut. Ale nawet i bez niego raz na jakiś czas gotowa jestem przyjąć niespodziewanego gościa.

Z takich rozważań wzięła się moja decyzja, by w każde poniedziałkowe popołudnie (niestety poza najbliższym, bo zdążyłam się umówić), mieć otwarte drzwi. Tak oficjalnie, choć nie dosłownie. Jeśli ktoś będzie akurat w pobliżu naszego mieszkania, zapraszamy. Być może będziemy siedzieć w kuchni, a nie w pokoju. Może nie będzie nic do przekąszenia, jednak herbata zawsze się znajdzie. Kawa prawdopodobnie też. Kubków mamy sporo. Jeśli akurat przyjdzie więcej niż jedna osoba, też damy radę. Oczywiście może się zdarzyć, że akurat gdzieś wyjdziemy. Ale jeśli będziemy, to zawsze miło będzie się spotkać z kimś znajomym.

Żałuję, że nie pamiętam, który blog mnie zainspirował. Ale obiecuję poszukać i jeśli znajdę, zlinkować. 

No i proszę. Miałam robić wielkie podsumowanie pierwszego kwartału i tylko napomknąć o otwartych drzwiach, a wychodzi dokładnie odwrotne. W takim razie bardzo krótko:

1. Co mi wyszło? 
- Iskiernik ruszył
- zaczęłam się porządnie uczyć japońskiego
- praca z BuJo przynosi efekty

2. Co mi nie wyszło?
- redakcja wszystkich moich blogów 
- więcej pisania twórczego i nie tylko twórczego
- znalezienie czasu na wszystko

3. Czego nie uwzględniłam?
- terminów niezależnych ode mnie, które nieco mi zmieniały plany
- pewnych spraw, które całkowicie wywróciły do góry nogami moje plany życiowe
- choróbska

Ale mam takie wrażenie, że kolejny miesiąc to takie otwarte drzwi do drugiego kwartału naprawdę dobrego roku. Czego życzę nie tylko sobie.

Dużo uśmiechu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz